piotr buczak's photoblog

…a może rowerem na Słowację?;)

Posted in Słowacja - rowerem by piotrbuczak on Lipiec 19, 2009

Pomysł na kilkudniowy wyjazd rowerem na Słowację zrodził się już bardzo dawno temu. Chętnych na taką przejażdżkę na samym początku nie brakowało, jednakże po jakimś czasie wszyscy się „wykruszyli” i pomysł niestety umarł śmiercią naturalną …prawie – prawie ,ponieważ na pomysł dał się namówić Damian bardziej znany jako „Mąka”, z którym to wyruszyliśmy rowerami na południe. Marzeniem było przejechać przez Słowację na Węgry lecz czas i pogoda (codzienny deszcz i burze) niestety mocno ograniczyły nasze możliwości poruszania się. Wyjazd miał być spontaniczny, szybkie pakowanie, naprawianie roweru i w drogę:D.

(teraz trochę mniej tekstu tylko więcej do oglądania – w końcu nie na darmo ta strona nazywa się fotoblogiem:P – nie będę zamieszczał dokładnych opisów każdego  dnia, tylko krótkie info gdzie jechaliśmy + opisy zdjęć) ,
(poczekaj chwile, aż załadują się wszystkie zdjęcia …to może chwile potrwać:P)

no to zaczynamy!

I. dzień

Postanowione – jedziemy w poniedziałek! Jednakże w związku z badaniami na studia Mąki musieliśmy odłożyć wyjazd do godziny 17, aby mógł na spokojnie pozałatwiać wszystkie sprawy. Trochę późna godzina jak na wyjazd, ale nie mieliśmy planów ile mamy przejechać km i gdzie śpimy, a więc nie stanowiło to dla nas najmniejszego problemu. Spakowani, najedzeni, wypoczęci – ruszamy! Kurcze ale skąd już się zrobiła 18?
Zahaczamy na moment jeszcze o Grabiny i kierujemy już prosto na Jasło, szybko mijając Pilzno, w którym niebo zaczęło się robić dość mocno zachmurzone.
Niestety pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa i już w Brzostku dopadł nas deszcz, przez który spędziliśmy 30min czekając na przejaśnienie. Mały deszczyk przerodził się w ulewę, w konsekwencji czego musieliśmy jak najszybciej rozbić namiot. Miejsca nie szukaliśmy długo, pierwsze lepsze gdzieś w polach, jak się okazało rano – w pobliżu Wisłoki. Jedyne zdjęcie jakie zrobiłem tego dnia nie jest zbyt udane w związku z czym nie pokażę 😛

II. dzień

Kolejny dzień podobny do poprzedniego, choć już tak nie lało jak wczoraj, ale mino wszystko nie motywował do dalszej podróży. No, ale cóż mieliśmy dwa wyjścia – albo jechać albo wracać. Jedziemy! Szybko przejechaliśmy przez Jasło i skręciliśmy na drogę Nowy Żmigród gdzie ruch samochodowy był znacznie mniejszy niż do tej pory. Nieopodal NŻ również nad Wisłoką zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek. Następnie ruszyliśmy w stronę Krempnej i Ożennej, jednakże przerażała nas myśl przejechania przez serpentyny które stały nam na drodze. Okazało się, że jest droga która omija stromy podjazd, co prawda trochę dłuższa, ale po płaskim i w ten sposób udało nam się zyskać cenny dla nas czas.

1.Zakupy prowiantu na drogę. Piwo rzecz jasna bezalkoholowe i wypite wieczorem. Bezpieczeństwo nade wszystko:P

2.Przyszłe zdjęcie Mąki na naszą klasę

3.Stara cerkiew, obecnie kościół w Myscowej

4.Droga do Krempnej

5.Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i w drogę!

W Krempnej krótki odpoczynek przy starej cerkwi i ruszamy w stronę granicy przez nieistniejącą miejscowość Żydowskie. Później okazało się że nie był to najlepszy pomysł. Asfalt jest, ale chyba lepiej jakby go nie było, przynajmniej jechałoby się w miarę po równym. Na szczęście widoki zrekompensowały nam wysiłek włożony w ciągłe podjazdy na strome górki(o zjazdach złego słowa nie powiem:P). Ogromne wrażenie wywarł na nas zapomniany cmentarz łemkowski, który aktualnie jest mocno zaniedbany i zarośnięty.

6.Cmentarz w Żydowskiem (mam nadzieje, że dobrze odmieniłem)

7.Tablica nagrobkowa

8.Dalej cmentarz

Dojeżdżamy do granicy i jak się okazuje nieprawdą jest fakt, że przejście (odkąd mamy shengen już nie ma) jest w Ożennej lecz w pobliskiej miejscowości Grab.

9.Nareszcie:D

Do i z granicy na Słowację droga bardzo dobra lecz tylko przez pierwszy kilometr, później kamienie-dziury-kamienie aż dojeżdżamy do pobliskiej miejscowości Niżna Polanka. Jedziemy jeszcze kilka kilometrów i znów rozbijamy się na jakiejś łące zdala od domów, co by tubylcy nas nie poprzeganiali:P. Szybko przyrządzamy jakieś żarło i do spania!

III. dzień

W nocy lało, rano również , ale widać było że zaczyna się wypogadzać, więc spakowaliśmy szybko sakwy oraz namiot i powoli ruszyliśmy w stronę Bardejova.

10.Ciasny ale własny:P

Po drodze mieliśmy mały epizod z policją na szczęście zupełnie nie groźny i nie związany z naszymi osobami. I po kilku godzinach znaleźliśmy się w Bardejovie. Chwila odpoczynku przeciągnęła się na dłuższą chwilę, gdyż zaczęło dość nieprzyjemnie padać.

11.Bardejovska starówka cz.1

12.Bardejovska starówka cz.2

13.Bardejovska starówka cz.3

14.Bardejovska starówka cz.4

15.Bardejovska starówka cz.5

Wtedy też podjęliśmy decyzje, że nie jedziemy na Węgry (szkoda trochę:/, ale coż jak nie teraz to na najbliższym wyjeździe). Ostatecznie ruszyliśmy na zachód mijając po drodze malownicze wsie, położone u podnóża gór. Chcąc skrócić o kilkanaście kilometrów trasę wybraliśmy drogę, która według mapy miała nasz szybko doprowadzić do celu. …Trasa może i była krótsza, ale kosztowała nas wiele wysiłku, w związku z licznymi podjazdami i marną jakością asfaltoczegoś.
16. Widoki:)

17.Zamknięta cerkiewka

Tereny również okazały się bardzo ładne, ale co ważniejsze dzikie – i w końcu można było odpocząć od warczących samochodów.

18.Jeden z licznych zjazdów

Lokacja kolejnych wsi była bardzo podobna, a mianowicie: góra>zjazd do dolinki>wioska>wjazd na górę….i tak wkółko, ostatecznie dojechaliśmy do małego miasteczka Stropkov, które również znajdowało się w dolinie. Miasto typowe jak na te rejony , czyli obrzeża zamieszkane przez ludność Romską, natomiast centrum w większości przez Słowaków. Szybkie zakupy w tesco i ruszamy dalej. Przejechaliśmy kilkanaście kilometrów i zaczęło się ściemniać w związku z czym postanowiliśmy rozbić się w jakimś spokojnym miejscu, gdzie nikomu nie przeszkadzałaby nasza obecność. Miejscówka znajdowała się na jednej z wysoko położonych łąk, lecz stosunkowo blisko drogi i w dość widocznym miejscu. Chyba nie zbyt spodobało się to dwóm tubylcom, którzy przez 5 min. przyglądali się nam z drogi, ale ostatecznie pojechali w swoją stronę, a my zmęczeni po całym dniu poszliśmy spać.

IV. dzień

Poranek iście mleczny. Z wczorajszych widoków na całą dolinę, pozostał mi jedynie widok na moje sandały, które i tak ledwo udawało mi się zobaczyć w gęstej mgle. Nie ma co …śpimy dalej:P. Pomysł okazał się dobry bo po godzinie mgła praktycznie zniknęła i można było zbierać graty i jechać dalej.

19…A jeszcze takie ujęcie;)

Znów zaczęło mocno przygrzewać , a przed nami kilka km po bardzo stromych serpentynach. Na szczęście daliśmy radę i po chwili mogliśmy cieszyć się długim zjazdem w dół.

20.Widok na serpentyny

21.Krótki odpoczynek w niezbyt odpowiednim do tego miejscu

Po drodze mineliśmy wioskę w której od samego rana przez głośniki (które zamontowane są praktycznie przy każdym domie na wsi) ostro leciała muzyka latino z lat 80’ poprzeplatana reklamami artykułów spożywczych. Co ciekawe wydawałoby się że są to pozostałości dawnego systemu, lecz zauważyłem że wiele głośników jest zupełnie nowych, co oznacza że taka forma miejscowych rozgłośni(propagandowych) jest nadal na topie. Szkoda, że mieszkańcy nie mają możliwości ot tak wyłączyć to ustrojstwo, bo jednak nie każdy ma ochotę wstawać rano nim kur zapieje:P.
W końcu dojeżdżamy do miasta o nazwie Medzilaborce, które również nie jest zbyt duże, ale za to całkiem przyjemne i z bardzo ładna cerkwią(obecnie kościołem rzymsko-katolickim).

22. Stara cerkiew w Medzilaborcach

Chwile przerwy i ruszamy dalej już do Polski. Po drodze sporo pozostałości po II wojnie światowej.
W związku z wprowadzeniem Euro na Słowacji po niekorzystnym kursie, ceny wywindowały prakatycznie 2x w górę, dlatego przygraniczne sklepiki które nawiedzały tłumy Polaków jeszcze kilka lat temu, obecnie stoją pozamykane, lub są otwarte 2 razy w tygodniu przez 2 godziny! Właśnie z tego powodu dopadł nas kryzys wynikły z braku wody, której ni jak nie dało się kupić na tym odludziu, gdzie sklep był jeden na wioskę i do tego zamknięty. Droga do granicy dość mocno nas wymęczyła, ale później było już non stop z góry także nasze morale zostały podreperowane.

23. Ostatnie widoki po stronie słowackiej

Ze Słowacji wjechaliśmy w Bieszczady i zaczęliśmy kierować się na północ w stronę Komańczy.

24. Bieszczady:) – szkoda tylko, że nie podskoczyliśmy na połoniny

Tam postój był chyba jednym z najdłuższych z całej wyprawy – trzeba było w końcu się wyspać i najeść. Miejsce do odpoczynku również okazało się bardzo przytulne (a była nim altana w parku), ponieważ najpierw osłoniła nas przed upalnym słońcem, a później przed deszczem, który codziennie po południu krzyżował nam plany. Po kilku godzinach ruszyliśmy dalej, teoretycznie w stronę Dukli, jednakże z powodu braku mapy(której zapomniałem:/) pojechaliśmy w kierunku Rzeszowa. Trasa okazała się bardzo ładna i dla mnie jak dotąd nie znana. Zawsze jadąc w Bieszczady wybieraliśmy najkrótszą drogę , a tu prosze niewiele dalej a tereny zupełnie inne niż te które znałem dotychczas. Po drodze rozbijamy się na ogromnej łące, starając się znaleść miejsce zdala od sławnej roślinki zwanej barszczem sosnowskiego, która może spowodować dość poważny uszczerbek na zdrowiu. Roślina ta ma swoje korzenie na Kaukazie, lecz nasi wspaniali sąsiedzi w ramach przyjaźni polsko-radzieckiej obdarowali nas ową rośliną, która miała służyć jako pasza dla bydła. Obecnie samosiejki tak się rozprzestrzeniły że pola barszczu zajmują po kilka hektarów. Sporo ludzi nie zna konsekwencji kontaktu z ta rośliną, a skutki mogą naprawdę być nieprzyjemne.
Ale to tylko tak na marginesie, bo wpis ten miał być wyłącznie o podróżowaniu rowerem a nie o roślinkach.

25. Barszczyk

26. Ruiny cerkwi w Płonnej

Namiot w pośpiechu rozbijamy na wspomnianej łące w związku ze zbliżającą się burzą. Popadało , popadało ale burza ominęła nas na szczęście bokiem ( a wyglądała naprawdę groźnie:). Jeszcze kolacja i do spania, by zregenerować siły na kolejny dzień.

V. dzień
Piąty dzień okazał się dla nas bardziej łaskawy. Pogoda iście wspaniała na jazdę rowerem – słonko poprzeplatane chmurami …czego chcieć więcej?;D.

27.Takie poranki lubię najbardziej:)

Śniadanko>Pakowanko i ruszamy (jeszcze w nieświadomości że jest to nasz ostatni dzień- …ale o tym później).

28.Jedna z wielu mało zaludnionych miejscowości przez które przejeżdżaliśmy

29.Jakaś „wataha” boćków:P

Droga którą zmierzamy w kierunku Rymanowa okazuje się być w bardzo dobrym stanie (w skali rowerowej rzecz jasna:P) i mało uczęszczana. Aczkolwiek dobrze znana rowerzystom, ponieważ po drodze mijamy dwie grupki zapaleńców zmierzających w stronę gór: polaków i francuzów.

30.Elektrownie wiatrowe niopodal Rymanowa

Przed samym Rymanowem zjeżdżamy niechętnie na krajówkę kierując się już prosto na Krosno. Prędkość jazdy wzrosła co prawda dwukrotnie, ale przyjemności z jazdy w takim smrodzie i warkocie silników wynosiła praktycznie zero. Na szczęście odległość do Krosna nie była zbyt wielka, w związku z czym szybko nią przemknęliśmy i skierowaliśmy się na mniej uczęszczaną drogę na Rzeszów. Po drodze odpoczynek który zrobiliśmy sobie przy gminnym przedszkolu, zamienił się w kilkugodzinny postój spowodowany przez niewinnie wyglądające chmurki. Znając realia poprzednich dni już było przesądzone że reszte popołudnia spędzimy w strugach deszczu lub w najlepszym wypadku deszczyku. Fakt że mieliśmy jeszcze jeden nieplanowany postój w związku z opadami i niebo wyglądało jakby zaraz miało lunąć z niego ogromna ulewa, ale pomimo tego udało się nam kontynuować jazdę o suchym ubraniu. W końcu dojeżdzamy do Wiśniowej (miejscowości położonej stosunkowo blisko Dębicy) ale zmęczeni już całym dniem i znając perspektywy długich podjazdów na Pogórzu Strzyżowskim mieliśmy już dość jazdy jak na ten dzień – powoli zaczynaliśmy szukać dobrego miejsca na biwak – tym bardziej że do zachodu słońca nie zostało nam zbyt wiele czasu. No ale cóż , plan był taki : jedziemy dotąd na ile to możliwe.
Podjazdy okazały się naprawdę strome i momentami nie pozostawało nam nic innego jak zsiąść z roweru i prowadzić dotąd aż droga będzie w miarę po równym. Na szczęście każda góra kiedyś się kończy i prędzej czy później mogliśmy cieszyć się wyłącznie długim zjazdem …no i w końcu trochę poodpoczywać. Po drodze w celach oriantacyjnych zapytaliśmy o odległość jaką mamy do pokanania jedną z mieszkanek pobliskiej miejscowości. Okazało się że wcale nie jest tak daleko: tylko godzina jazdy autobusem, a samochodem tylko pół(…?!) – jak to stwierdziła jedna Pani. Zmotywowani pomocną informacją z zapałem ruszyliśmy dalej. Dzień powoli przeradzał się w szarówkę , ale no kurcze… do domu zostało nam tylko 30km (no Mące z 45) i trochę głupio byłoby nie przejechać do końca tego odcinka. Już mocno zmęczeni podejmujemy ostateczną decyzję – tego dnia każdy z nas będzie spał na wygodnym łóżku u siebie w domu – innymi słowy wyjazd na Słowację 2009 ma się ku końcowi. Wielopole mijamy nadzwyczaj szybko i już za moment skręcamy na Mąłą – z której widzę już więżę przekaźnikową w Głobikowej – a to dobry znak:P …już niedaleko.

31. Krótki zjazd do Małej i ostatnie zdjęcie przed Dębicą

W pobliżu przekaźnika kierujemy się drogą na Stasiówkę, która zmieniła się nie do poznania. Prawdopodobnie kilka dni wcześniej położono nowy asfalt na całym kilkukilometrowym odcinku przez las. Trasa, którą dotychczas upodobali sobie dębiccy rowerzyści wkrótce może się zamienić w drugą drogę taką jak ta przez Braciejową do Głobikąwej, przez którą w trakcie weekendów przejeżdża masę samochodów w związku z wybudowaniem wieży widokowej.
Ze Stasiówki zjeżdżamy prosto na dębicką obwodnicę kierując się już prosto na mój dom. Na drodze jak zwykle spory ruch i remonty, ale do domu pozostaje mi tak bliski kawałek, że nie śmiałbym już w tym momencie narzekać.
Wyjazd kończymy późnym wieczorem, natomiast Mąka jeszcze późniejszym, ponieważ za punkt honoru postanawił że do Czarnej przejedzie wyłącznie rowerem (a nie jak mu wcześniej proponowałem samochodem). I tak też cali i zdrowi kończymy najdłuższy i chyba najcięższy dzień naszej podróży rowerem.

Podsumowując:
Wyjazd na Słowację był strzałem w dziesiątkę. Po drodze piękne beskidzkie widoki, malownicze wioski, stosunkowo dobre drogi na rower, a najważniejsze – odległość od naszych miejsc zamieszkania nie jest straszliwie wielka, więc w razie jakichkolwiek kłopotów droga do domy czy to pociągiem czy to innym środkiem transportu nie stanowiłaby problemu. Po drodze spotkaliśmy sporo ludzi którzy zaciekawieni dokąd jedziemy rowerami nawiązywali rozmowę i w ten sposób korzystając z okazji dowiadywaliśmy o ciekawych miejscach, czy choćby o skrótach które nie raz ratowały nas przed męczącą wielogodzinną jazdą (w naszych rejonach nikt nie zwracał na nas uwagi). Szkoda, że maksymalny czas jaki mogliśmy przeznaczyć na podróżować rowerem był tylko do niedzieli – moje praktyki trochę pokrzyżowały nam plany, jakim był przejazd na Węgry i tam dalsze zwiedzanie. Cóż …koniecznie trzeba to nadrobić w najbliższym czasie:D.

Plusy wyjazdu:
+piękne widoki
+sporo słonecznej pogody
+przyjaźnie nastawieni do nas ludzie
+od Jasła przez Słowację do Rymanowa relatywnie mały ruch samochodowy
+wysoka kultura jazdy kierowców na Słowcji
+blisko

Nie-plusy (bo większych minusów raczej nie było):
-spory ruch na drogach krajowych
-co niektórzy do tej pory nie wiedzą(czyt. „kierowcy”), że rowerzyści są pełnoprawnymi uczestnikami ruchu drogowego i trąbienie/przeklinanie/denerwowanie się nie jest adekwatne do sytuacji
-codzienny deszcz i zimne poranki ( no ale to w końcu góry, więc pogoda zmienną jest)

Relacja jest tylko i wyłącznie krótkim opisem ukazującym trasę jaką udało nam się przejechać. Zdjęcia także nie są wybitnie piękne i raczej nadają się do albumu, niż na fotobloga, ale zamieszczę kilkanaście co by po części zobrazować naszą podróż na Słowację. To tyle;) Mam nadzieje że fotorelacja będzie się podobać.

Cześć!!!

Reklamy
Tagged with: , , , ,

Komentarze 4

Subscribe to comments with RSS.

  1. digitalpills said, on Lipiec 19, 2009 at 5:37 am

    hej człowieku, jakies dziesięć lat temu tak samo na wariata objechałem z jednym kumplem Słowację. więc, jeszcze jeden plus dodam widoczny z perspektywy czasu – gdybyś tego nie zrobił to z czasem już byś pewnie nie pomyślał, że w ogóle się da, a tak wspomnienia wzywają do powtórki.

  2. sinx said, on Lipiec 19, 2009 at 10:30 am

    Bardzo fajna relacja 😉 szkoda, ze nie było informacji ile km robiliście w jeden dzień – co do zdjęć bardzo dobrze, że są bo dzieki nim się bardzo przyjemnie czyta taką notkę – troche nie zazdroszcze Wam pogody, ale na pewno taka wycieczka była ekscytująca i dawała dużo satyfakcji. Jeszcze moge się przyczepić trochę do formatowania tekstu – nagłówki, które mówią co się działo w którym dniu powinny być znacznie większe (jak wcześniej wspomniałem fajnie by było też wiedzieć ile km roibliście w ciągu poszczegolnego dnia i ile km miała cała trasa) – ale i tak Wam zazdroszcze miłej przygody! 🙂

    pozdrowienia z Gliwic,
    Tomek.

  3. Canin said, on Lipiec 19, 2009 at 10:50 pm

    Piękna przygoda i świetne zdjęcia. Szkoda że nie dojechaliście na Węgry – ale to zawsze można nadrobić. Nawet jakimś transportem wiązanym – trochę pociągiem, trochę na rowerach.
    Pozdrawiam.

  4. Ana said, on Wrzesień 10, 2010 at 12:50 pm

    Cześć,
    Świetna przygoda byle takich więcej, fajnie ze są zdjęcia bo można tą podróż przeżywać razem z wami..
    gorąco pozdrawiam,
    Ana


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: